Śmierdzące jajo na wagę złota. O tym, co Berno zrobiło ze spadkiem, w którym łapki maczali bezpośrednio najwięksi zbrodniarze w historii.

Mili Państwo, dzisiaj będzie o gołych babach.

O degeneratach, zniszczonych wojną ludziach, o złych nazwiskach i o tym jak polityka może wpływać na sztukę. Oraz o tym, jak  trudno 70 lat po wojnie osądzić jednoznacznie, że białe jest białe, a czarne jest czarne.

Myślicie, że będzie o aktualnej sytuacji w Polsce, żołnierzach wyklętych i konflikcie z Izraelem i Ukrainą?

Otóż nie, ta historia dotyczy Szwajcarii. I tak jak w thrillerach Hitchcocka najpierw będzie trzęsienie ziemi, a potem napięcie wzrośnie.

A wszystko zaczęło się całkiem niewinnie od pewnego spotkania w pociągu z Zurychu do Monachium w 2010r.

Niemiecki strażnik celny zainteresował się starszym, dobiegającym do 80tki, dobrze ubranym panem, który przewoził w kopercie znaczną kwotę pieniędzy. Samo przewożenie gotówki przez granicę nie jest zakazane, ale starszy pan przyznał, że pieniądze uzyskał ze sprzedaży obrazu w Bernie. Padło podejrzenie o oszustwo podatkowe i dociekliwy celnik zapytał się wujka Google, co też ten wie o spotkanym pasażerze, niejakim panu Gurlitt.

P1040167
Ernst Ludwig Kirchner

Gurlitt. To nazwisko to słowo klucz w całej tej historii.

Bo uprzejmy wujek Google doniósł celnikowi, iż Hildebrand Gurlitt był w latach 30-tych XX wieku jednym z oficjalnych handlarzy dzieł sztuki działającym na zlecenie nazistowskich Niemiec. A spotkany w pociągu całkiem nie-miły pan to jego syn, Cornelius Gurlitt.

Niedługo potem policja celna zapukała do drzwi starszego pana i w małym mieszkaniu w Monachium znalazła ponad 1200 dzieł sztuki – obrazy równiutko upakowane w kartony i szafy, a grafiki i rysunki w szufladach. Tak, jakby nikt ich od dziesięcioleci nie wyjmował i nie oglądał. Tak, jakby nie były to dzieła najwybitniejszych niemieckich modernistów XX wieku, warte kilka milionów euro.

Do kogo należały te obrazy? Czy Hildebrand Gurlitt był tylko uczciwym koneserem sztuki i handlarzem, który uratował dla świata skazane na zagładę dzieła? Czy były to zagrabione w czasie wojny obrazy, których właściciele już dawno nie żyją? Czy Gurlitt kupował je legalnie, przez co był ich prawowitym właścicielem? Czy też jego syn, Cornelius zdawał sobie doskonale sprawę z ich pochodzenia i dlatego nigdy nie ujawnił swojego skarbu?

To teraz będzie o tych gołych babach.

P1040170a
Otto Mueller

Żeby łatwiej sobie wyobrazić, o czym mówimy, to rzucę kilkoma nazwiskami. Kojarzycie Picassa? Albo Edwarda Muncha? Paul’a Klee? No znani są, nie ma co ukrywać. To prekursorzy sztuki modernistycznej, która popularność zdobywała od początku XX wieku. Surrealizm, ekspresjonizm, kubizm, dadaizm – to wszystko nowe nurty, zrywające z dotychczasowym, klasycznym podejściem do sztuki. Ojciec Gurlitt był koneserem, dyrektorem muzeum i właścicielem galerii. Oraz znawcą i wielbicielem sztuki abstrakcyjnej. Utrzymywał bliskie kontakty z młodymi niemieckimi i europejskimi artystami, zapraszał ich do siebie i wystawiał ich dzieła w muzeum i swojej galerii. Wiedział, że te dzieła dopiero nabierają wartości. Wiedział, w co inwestować.

Był też – co ciekawe, mimo swojego żydowskiego pochodzenia – oddanym członkiem NSDAP i jednym z najbliższych doradców Josepha Goebellsa i Hitlera. To on namawiał nazistowską wierchuszkę, aby z młodych niemieckich artystów zrobić symbol nowej, niemieckiej propagandy. Nowe Niemcy, nowa sztuka.

Kojarzycie jakieś surrealistyczne obrazy będące symbolem nazistów?

Nie? To całkiem słusznie. Bo wbrew radom Gurlitta stało się dokładnie odwrotnie. Narodowy socjalizm niemiecki został zbudowany na obrazach zdrowych, jędrnych i aryjsko wyglądających chłopców oraz bujnych w kształty i rześkich panienek, a nie rozmytych liniach, bezkształtnych figurach i wściekłych kolorach.

P1040181
El Lissitzky

Jednym podpisem Hitlera cała sztuka modernistyczna została uznana za zdegenerowaną. Degeneraci, wypaczeńcy, pokazujący skrzywioną rzeczywistość, obdartą z piękna i naturalistyczną. Dla nich nie było miejsca w nazistowskim reżimie. Od tej pory tylko artyści uznający oficjalną linię propagandy sztuki niemieckiej mieli prawo tworzyć, wystawiać swoje dzieła w muzeach i galeriach oraz je sprzedawać.

Ale nie tylko o sztukę tutaj chodziło.

Nie zdziwi chyba nikogo fakt, że do worka z degeneratami zostali wrzuceniu artyści, malarze, pisarze i rzeźbiarze pochodzenia żydowskiego, jak również socjaliści i komuniści. Ich prace zostały usunięte ze wszystkich publicznych placówek kulturalnych, często też konfiskowane z prywatnych pracowni.

Do tej grupy zaliczono również prace pacyfistyczne, w tym słynne dzieła uznanych już wtedy twórców niemieckich z czasów I wojny światowej. Ogrom doznanych cierpień odcisnął swoje piętno na walczących na wojnie artystach. Ich prace były ponure, krwawe, obnażające tragizm wojny. Tym samym nie pasujące do promowanego przez hitlerowców kultu zbrojenia i silnego państwa.

O hipokryzjo historii! – kategoria dzieł zakazanych była na tyle szeroka, że z życia publicznego usunięto też zasłużonych działaczy NSDAP, jeżeli tylko padło podejrzenie, że mogą mieć do czynienia ze sztuką zdegenerowaną. Żydowskie pochodzenie było ważniejszą przesłanką, niż oddanie dla partii narodowo-socjalistycznej. Mówimy tu o połowie lat 30-stych, kiedy partia Hitlera dopiero doszła do władzy. Czystki, czystki w państwie…..

P1040177a
Christian Rohlfs

Zebrane/zagrabione z muzeów i galerii dzieła zostały pokazane na oficjalnej, propagandowej wystawie „Zdegenerowana sztuka” w Monachium w 1937 r. „Chore” i „antygermańskie” miały zakorzenić w nieobytych ze sztuką Niemcach pogardę dla abstrakcjonizmu. W kolejnych latach wystawa objechała po całych Niemczech, a zaraz po niej pokazywano „porządną”, propagowaną przez nazistów sztukę.

Co się dalej stało z obrazami? 

Tutaj na scenę ponownie wkracza Gurlitt ojciec. Jako jeden z czterech oficjalnie uznanych przez reżim handlarzy sztuki miał prawo sprzedawać na zagranicznych aukcjach cenne dzieła modernistyczne, aby sprowadzać do kraju niezbędne dewizy. Niektóre z nich były też wymieniane na inne, klasyczne dzieła. Oficjalnie – zostały publicznie spalone w Berlinie w 1939 r., ale taki los spotkał tylko te obrazy, których nie udało się sprzedać.

Czy wszystkie oferowane obrazy pochodziły z konfiskaty? Nie. Atmosfera w Niemczech robiła się coraz gęstsza, część artystów i koneserów sztuki chciała za wszelką cenę opuścić kraj. Swoich kolekcji nie mogli ze sobą zabrać, gdyż III Rzesza nałożyła na wywożone dzieła opłaty celne w wysokości ich rynkowej wartości. Organizowano więc aukcje sztuki, gdzie obrazy były całkiem legalnie sprzedawane. Legalnie, ale czy uczciwie? Wiadomo, że w obliczu zagrożenia uciekinierzy sprzedawali często swoje kolekcje za bezcen.

Kolekcje, które potem trafiały na aukcje i do muzeów na całym świecie.

Szwajcaria dwukrotnie w 1939 r.organizowała aukcje sprzedaży niemieckich modernistów. To dobrze, czy źle? Czy wspierała przy tym finansowo Hitlera, czy też ochrona i wykup od nazistów dzieł sztuki było celem nadrzędnym?

P1040168
Otto Mueller

Kiedy w Niemczech cała sprawa z Gurlittem wyszła na światło dzienne, wybuchł skandal. Poniekąd dlatego, że władze milczały przez dwa lata, a sprawę ujawnili dziennikarze. Czy policja celna miała prawo konfiskować całą prywatną kolekcję?

I kto jest tak na prawdę jej prawowitym właścicielem? Oto pytanie za 100 punktów.

Spadkobiercy artystów? Niemieckie muzea? Prywatni kolekcjonerzy, którzy je sprzedawali poniżej wartości, czy też ci, którzy je kupowali na oficjalnych aukcjach od nazistów? A może Gurlitt, który działał w imieniu państwa – III Rzeszy i skrzętnie przechowywał wszelkie dokumenty legalizujące jego działania.

Gurlitt nie brał udziału w niszczeniu dzieł sztuki. Był koneserem, znawcą i admiratorem modernizmu. Wywożąc je za granicę – no właśnie, ratował? Zapewne jego synowi, Corneliusowi, łatwiej było tak właśnie postrzegać „misję” ojca.

A teraz czas na finał, morał się zaczyna.

Starszy pan z pociągu, Cornelius Gurlitt, był już mocno wiekowym i schorowanym panem. Niedługo po całej aferze mu się zmarło, a całą swoją kolekcję , dwa mieszkania i dom oraz środki finansowe ulokowane na różnych kontach bankowych, przekazał Kunstmuseum w Bernie.

Dlaczego akurat temu muzeum? Jego dyrektor zadawał sobie to pytanie tysiąc razy. Sam nawet przyznał, że na początku nie chciał odbierać telefonów od adwokata zmarłego, uznając całą historię za jedną wielką bzdurę.

I co tu zrobić z takim śmierdzącym jajem?

Pięknym, ale jednak śmierdzącym. Kolekcja Gurlitta jest unikatowa, warta kilka milionów euro, ale przy okazji mocno kontrowersyjna. Szwajcarzy nie chcieli być łączeni z grabieżami dzieł sztuki z czasów nazistowskich. I tak już wiele osób zarzucało im przez lata przetrzymywanie zrabowanego, żydowskiego złota. Ostatecznie muzeum podjęło decyzję o przyjęciu tylko tej części kolekcji, co do której pochodzenia nie ma wątpliwości.

Z liczącego w sumie ponad 1500 sztuk zbioru ponad 500 dzieł jest uznawane za zagrabione. Odnaleziono prawowitych właścicieli 5 dzieł. Cała reszta kolekcji przechowywana jest w Bonn, gdzie władze Niemiec kontynuują żmudną i wieloletnią pracę pozyskiwania informacji o pochodzeniu obrazów.

Część kolekcji Gurlitta była wystawiana przez ostatnie 3 miesiące w Bernie i jednocześnie w Bonn. Już niedługo nastąpi zamiana wystaw i od kwietnia będzie można w Szwajcarii oglądać dalszą część zbioru. Byłam na tej wystawie dwa razy – za każdym razem tłumy odwiedzających, bo ta historia jest tak niesamowita, że rozpala umysły wszystkich, którzy interesują się historią i sztuką. Przypadkowa kontrola celnika w pociągu wyciągnęła z ukrycia demony II wojny światowej. Gotowy scenariusz na hollywoodzki hit kasowy.

Może też nas czegoś nauczyć.

Tego, że nie zawsze białe jest białe, a czarne jest czarne.

Tego, jak się kończy ingerencja polityki w sztukę.

Tego, że pochodzenie może mieć większe znaczenie, niż talent i umiejętności.

Tego, że nie ma jednej prawdy oczywistej i czasy na nowo interpretują, kto jest bohaterem, a kto złoczyńcą.

Ku pamięci.

Ku przestrodze.

Bo historia lubi zataczać koło.

Film dokumentalny szwajcarskiej telewizji SRF o kolekcji Gurlitt:

Zdjęcia pochodzą z wystawy „Entarted – Degenerated Art” w Bernie

Kunstmuseum w Bernie: https://www.kunstmuseumbern.ch/

 

Zainteresował Cię ten artykuł? Więcej o kulturze i języku Szwajcarii możesz poczytać:

Czy ja mówiłam, że nie znam niemieckiego? Ha! To już znam!

Czy język może być uparty jak osioł? Dlaczego nie mogę się nauczyć niemieckiego?

O psie, co wkroczył na wyżyny sztuki

Co ja tutaj robię? #6 Da da da i L.H.O.O.Q

 

Reklamy

2 Komentarze Dodaj własny

  1. Kochana, jak się będziesz wybierać to daj znać. Może w końcu się spotkamy 🙂

    Polubienie

  2. Pewnie! Już się nie mogę doczekać na drugą część wystawy, ta historia mnie fascynuje!

    Polubienie

podziel się ze mną swoim komentarzem ;)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s