Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi

Rodzina się zjechała z Polski na wakacje, trzeba im coś szwajcarskiego pokazać. Krowy i sery? Niech będzie, krowy i sery. 30 km od Berna jest Emmental – idziemy w komercję, zobaczymy jak się produkuje jeden z najsłynniejszych serów na świecie, emmentaler. Równie słynny, co gouda z Goudy w Holandii. Tak, tak, też kiedyś myślałam, że emmentaler jest holenderski, dobrze że nawigacja mnie do kraju tulipanów nie wywiozła.

W Emmentalu nadal produkują sery według oryginalnej receptury, tylko z lokalnego mleka, dojonego z lokalnych krów, jedzących lokalną trawę na lokalnych pagórkach. Szwajcarskość sera na 100%. Tylko gdzie ten Emmental? Się pochowali, kurczę (o, przepraszam, cielę) w tych trawach, nawigacja mnie wyprowadziła w pole i każe jechać po bocznych drogach i zakrętasach. Nie mogli tej fabryki jakoś niżej usadowić? Albo bardziej dostępnie?

Siostra próbowała ratować sytuację : Fajnie, że nie jedziemy autostradą, widoczki szwajcarskie sobie pooglądam.

Idiotka. Nawigacja, nie siostra.

O, skrzyżowanie będzie. To może jakaś główna droga też się znajdzie. Taa… skrzyżowanie było, bo dwa wjazdy do gospodarstw się przecięły. Dobrze chociaż, że krowy są. To znaczy, że do sera blisko.

Idiotka. Ta nawigacja.

O, to tu!

Gdzie tu? Nawigacja pokazuje dopiero za pół kilometra!

Tu, stoją autokary i parking też jest. Tu, wjeżdżaj tu.

Idiotka. Nawigacja, nie siostra. Jak autokary tu wjechały, to musi być inna droga, po tych polach by się nie przedzierały przecież. Dobrze, że jest plac zabaw w kształcie sera z dziurami, taki punkt orientacyjny, że trafiliśmy na miejsce. Kto się spodziewał wielkiej fabryki z liniami produkcyjnymi, łapka w górę? A gucio, nic z tego. Do wyboru mamy wdzięczne serownie rodem z XVIII, XIX i XX wieku. Jak ktoś jest leniwy, to może sobie pochodzić wirtualnie, o tu: KLIK. Na początek warto wybrać się do najstarszej serowarzelni, gdzie pan serek w całkiem współczesnych białych kaloszach miesza w kotle zawieszonym nad tradycyjnym paleniskiem zupę serwatkowo-glutową. Następnie wyciska z niej otoczaki z sera na stole zupełnie takim, jak do sekcji zwłok. Efekt? Cała serwatka spływa sobie kanalikami wzdłuż stołu do wiadra pod tymże, a otoczaki wędrują grzecznie do piwnicy na popołudniową drzemkę. I jeszcze jest karteczka, żeby im nie przeszkadzać, bo lubią ciszę. Dla tych, co nie lubią do wieczora cuchnąć dymem z paleniska jest pokaz wyrobu sera z fabryki współczesnej,strzeżonej szklanymi ścianami i dachem.Tam to musi dopiero śmierdzieć, że się tak odizolowali. W sumie, to niewiele widać, bo same maszyny i rurki, więc dla głodnych sensacji jest oferta specjalna – zrób sobie własny ser. W wersji lokalno-szwajcarskiej dźwięcznie brzmiąca frischerfritzfrischtfrischenkäse. Coś tam o Frycu i serowaniu świeżego sera.

A teraz przejdźmy do niusów z gazetki codziennej warzenia sera. Czego się interesującego dowiedziałam? A że na przykład jako podpuszczka używało się kiedyś żołądka młodych cielaków, bo jakieś enzymy ma, co to my ludziska ich nie mamy. Teraz idą na łatwiznę i sypią biały proszek z plastikowego pudełka. Albo, że z serwatki (to to cieknące ze stołu do sekcji zwłok, jak się wyciśnie już ser) robi się dziś słynny napój Rivella. I w sumie smaczna ta świeża serwatka jest, mocno słodka. Zanim wymyślili Rivellę, szwajcarscy górale wlewali serwatkę do drewnianych balii i zbierali z niej cukier. Sprytne. Albo, że warzące się mleko trzeba mieszać łopatą z siatką odpowiednią ilość razy. Jak mało się miesza – wychodzą sery miękkie, bo mało wody się wyciśnie. Jak dużo się macha i grudki pseudoserka są już małe i liczne – ser wyjdzie twardy, bez wody. Takie cuda techniki.

Dla zmiękczenia naszego serca pan Serofryc wrzucił grudkowaty ser (vel zsiadłe mleko) do foremek w kształcie serduszek i trzeba było trochę poczekać, aż się nasz serek odkapie i pojedzie z nami do swojego nowego domku.

Pamiętasz, jak nasza babcia tak robiła? Też wieszała taki mokry ser w gazie nad zlewem, żeby odciekł i robił się z tego twarożek.

Super, to za 7 frankoli za wejście już wiem, co babcia robiła 30 lat temu u mnie w kuchni.

W ramach wycieczki miał być też pobliski zakład wyrobu rogów alpejskich, ale nawigacja kazała skręcić w lewo, w rzekę. Przy drugim podejściu okazało się, że jednak jest mostek, taki drewniany, z czasów epoki sera łupanego. A potem 16 km przez góry i pola. Tak więc rogi alpejskie zostały na inną wycieczkę, jak się idiotka, nawigacja znaczy się, nauczy wskazywać mniej krajobrazowe drogi Szwajcarii. Doceniam uroki naturalnego środowiska, ale ileż można?

Na wszelki wypadek w powrotną drogę skorzystałam też z rad wujka Google.

Gdzie mam teraz jechać?

W prawo. W lewo.

To jak?

Nawigacja mówi, że w lewo, mapa wujka Googla, że w prawo.

Idiotka. Już wolę jechać z wujkiem.

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Post scriptum. Albo post mortem.

Pan z salonu kazał Cię pozdrowić. Pytał się, jak się nam jeździ samochodem, to powiedziałem, że razem z żoną jesteśmy niezadowoleni z nawigacji.

Idiotka. Nawigacja, nie żona.

 

Dla chcących więcej, o serach w Szwajcarii było już co nieco wcześniej:

  1. Gruyere – Królestwo fondue
  2. To, co Szwajcarzy lubią najbardziej, czyli śmierdząco na stole
  3. Fryderyk Chopin był Francuzem, czyli czego stereotypowy Polak nie wie o Szwajcarii
  4. Narodowy sport stołowy – Fondue

 

Reklamy

podziel się ze mną swoim komentarzem ;)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s